poniedziałek, 31 marca 2008

rozmowa z przyjacielem

Ileż to razy mówili Ci, że jesteś „nienormalny”. W końcu nawet zacząłeś w to wierzyć. Gówno prawda. Jesteś wrażliwy. I smutny. Czasami zbyt smutny. Spójrz na mnie. Widzisz? Ja też się boję. Płacz jeśli chcesz. Idź pod ten most nad kamienistą rzeką i krzycz najgłośniej jak potrafisz. Tuk tuk, tuk tuk – dyszący potwór ciągnie za sobą wagony z dziesiątkami istnień. Pociągnie i twój ból. Zabierze do wielkiego miasta gdzie panowie w uniformach odstawią go na boczny tor. A ta łza na policzku? Pochyl się i zanurz rękę w wilgotnym szumie. Dotknij swojej twarzy. I już nie ma słonej kropli. Zatopiłeś ją w krystalicznym darze natury. Płynie z milionami sióstr, póki palące słońce nie wyciągnie jej wysoko w górę. Nie odchodź za daleko, proszę. Ucieczka nic nie da. On jest w tobie, nie zgubisz go w żadnej krętej uliczce. Musisz uzbroić się w cierpliwość. Wiem jak boli, gdy ktoś tłucze się w głowie. Ale w tej grze nie ma remisu, więc nie pozwól mu wygrać. Ubierz go w szarość, a zniknie bez śladu.
Zaufaj sobie. Granice twoich możliwości są tylko ułudą. Możesz tyle ile chcesz. Możesz nawet zapomnieć. O bólu, łzie i o nim.

piątek, 28 marca 2008

wygrzebane z szuflady, wciąż aktualne

nie myśl
że we mnie tylko pustka mieszka
i hula wiatr

to nie tak
nie tak

poznasz
zrozumiesz słowa
których nigdy nie mówię
uwierzysz
że jabłko może mieć smak pomarańczy

wtorek, 25 marca 2008

"Cause we all have wings, but some of us don’t know why"

Znów upadłam na ziemię. Jeszcze nie wiem czy żyję. Mam nadzieję, że nie. Już dość ran i siniaków. Wystarczy. Chcę być aniołem. Takim z obrazków w biblii dla dzieci – jasnowłosym i uśmiechniętym. Fruwającym beztrosko między dziatwą, jak gdyby unoszenie się w powietrzu było jedynym, jakże miłym obowiązkiem. Leciutko kołyszę się z boku na bok, zefirek muska moje włosy, anielscy kompani prześcigają się w rozweselających zabawach. Brzmi może trochę kiczowato, ale jak przyjemnie.


Tymczasem podnoszę się po raz kolejny, wciąż jeszcze czując w ustach smak porażki. Liczę zadrapania. Nie jest źle, większość powinna zagoić się do przysłowiowego wesela. Trochę kręci mi się w głowie, zdecydowanie powinnam wyrzucić z niej kilka wspomnień – balastów. Byle trafić z powrotem na start. Peleton już dawno odjechał, ale wzorem olimpijskiego zwyczaju – najważniejszy jest sam udział. Lewa, prawa, lewa, prawa. Kiepsko to wszystko póki co wygląda, ale przecież idę do przodu, prawda? Ciężko. Czemu tak ciężko? I skąd wokół mnie tyle piór?

piątek, 21 marca 2008

świąteczne klimaty

Dwa razy do roku, w okresie Wielkanocy i Bożego Narodzenia, szukamy odpowiedzi na dwa dręczące nas od pokoleń pytania: co ugotować/upiec/usmażyć i jak to wszystko zjeść.
Nasze egzystencjalne poszukiwania rozpoczynamy najczęściej w hipermarkecie. Uzbrojeni w bony towarowe, od których już zdążyliśmy zapłacić podatek, przemykamy wśród sklepowych regałów niczym myśliwi na polowaniu, wypatrując w gęstwinie towarów ofiar, lądujących finalnie w naszym koszyku. Wydzieramy sobie z rąk puszki z masą makową (przed Bożym Narodzeniem) i wiaderka z białym serem (przed Wielkanocą). Kupujemy przy okazji stertę niepotrzebnych promocyjnych produktów, aż wreszcie ustawiamy się w kolejce, która długością przypomina te, sprzed - dziestu lat, gdy do pobliskiej masarni „rzucili” kiełbasę krakowską lub po prostu kiełbasę. Następnie przez kilkadziesiąt minut zastanawiamy się, czy rodzinki firmy X, które właśnie dostrzegliśmy w koszyku sąsiada, nie będą jednak lepsze w smaku, niż te firmy Y, które zakotwiczyły gdzieś miedzy kartonami z mlekiem, a margaryną, na samym dnie naszego sklepowego pojazdu. Jeśli udało nam się zachować resztki zdrowego rozsądku, nie przekopujemy wszystkich swoich zakupów w poszukiwaniu nieszczęsnego woreczka pełnego suszonych winogron. Czekamy cierpliwie na swoją kolej, mając nadzieję, że nasze (wybieranie) będzie górą.
Gdy zregenerujemy siły po wyczerpującej wyprawie, przychodzi czas na ustalenie harmonogramu działań. Niech się nikomu nie wydaje, że kolejność pieczenia pierniczków, gotowania warzyw na sałatkę i nabijania schabu śliwkami nie ma znaczenia. Bo co jeśli mięso się przypali i zapach przesiąknie później do ciasta? A jeśli w drożdżówce zrobi się zakalec? Trzeba mieć zapas czasowy, by stworzyć nowe dzieło. Pieczeń musi „przejść” aromatem ziół, nim wyląduje w piekarniku, a sałatka, dobrze by przed jedzeniem sama się „przegryzła”. Biegamy więc między kuchnią, spiżarnią i sklepem (jeszcze nigdy tak nie było, by się od razu wszystko kupiło J). Z miną skazańca oczekującego na wykonanie wyroku spoglądamy co chwilę na zegarek odliczając godziny do rozpoczęcia wspólnego posiłku.
Etap trzeci jest dla wielu najprzyjemniejszy: to czysta konsumpcja wsparta marnowaniem czasu przed telewizorem. Kolejność nie ma już znaczenia. Babka zakąszana jest sałatką, mięsiwa mazurkiem lub makowcem, a to wszystko popijane barszczem. W tym samym czasie po raz enty oglądamy perypetie Kevina, śmiejemy się z Kargula i Pawlaka, wzruszamy się oglądając specjalne odcinki seriali, kibicujemy uczestnikom specjalnego wydania naszego ulubionego teleturnieju. Po kilku dniach wracamy do szkół i miejsc pracy. Bogatsi o kilka kilogramów, ubożsi o świąteczny nastrój zadumy połączonej z radością i poczuciem bliskości, które zagubiły się gdzieś między telewizyjną ramówką i zawartością lodówki. Ślepi, ale zadowoleni, bo przekonani, że misja zbliża się szczęśliwie ku końcowi. Jeszcze przez jakiś czas wyjadamy nasze świąteczne specjały, kosztujemy również tych przyniesionych przez koleżanki z pracy. Przychodzi czas na podsumowania. Oceniamy pulchność, kruchość, smak, aromat i obiecujemy sobie, że następne święta będą już idealne.

Deser :)
Moje świąteczne menu:
- ciasto karpatka – 1 szt.
- piernik z polewą czekoladową – 1 szt
- karkówka pieczona – 1 kg
- domowa kiełbasa – 2 szt.
- barszcz biały – 2 l.
- jajko na twardo – 4 szt.
- sałatka jarzynowa – 1 kg

środa, 19 marca 2008

króciutko

„Nigdy nie wiesz co przyjdzie pierwsze: kolejny dzień czy następne życie.”

Chciałam kiedyś napisać o tym większy tekst. Nie wyszło. Może i dobrze. W tym jednym zdaniu zamknęły się wszystkie moje myśli.

Cytat zaczerpnięty ze strony http://www.kingafreespirit.pl

poniedziałek, 17 marca 2008

żałość

Jakie to uczucie, gdy przyjeżdżasz do szpitala i zastajesz puste łóżko? Nie ma już na nim Twojego serca. Nie ma serca. Znasz je, panie w białym kiltu, spędzający weekendy w pracy na wyspach? A ty, siostro, która koczowałaś kilka dni w namiocie pod Kancelarią Premiera? Sprowadziliście nas do statystyk i zer, wynikających z kontraktu. Zastrzyk, skalpel, pigułka – co za różnica. Jak się nie uda – trudno. Przyjdą następni i następni. Będą się zmieniać prześcieradła na łóżkach i serca na prześcieradłach. Mnożyć podpisy i opisy przyczyn. A my będziemy krążyć wokół was. Bladzi, ze ściśniętymi wargami, zapytamy: dlaczego? Poszukamy odpowiedzi w waszych twarzach. Trafimy na mur i znikniemy. Ale wrócimy. Położycie nas na prześcieradłach. Zastrzyk, skalpel, pigułka. Znów odejdziemy. Zamkniecie nas w podpisach i opisach przyczyn. Jeszcze tylko nowe serce na łóżko. I wreszcie można kończyć zmianę.

piątek, 14 marca 2008

ja kontra dwunastolatki

„Czy jesteś mądrzejszy od piątoklasisty?” To tytuł teleturnieju transmitowanego przez telewizję PULS. Pytanie z pozoru retoryczne, po obejrzeniu jednego choćby odcinka zmusza do głębszej refleksji. Wprawdzie każdy z nas wie, że kaczka dziwaczka zmieniła się w zająca w buraczkach, a zielone światło dla pieszych to czerwone dla pojazdów, ale odpowiedź na pytanie czy „Spacer z psem” jest zdaniem ma już większy ciężar gatunkowy. – Hmmmm – włączamy proces myśleniowy – kiedy zdanie jest zdaniem? Wiją nam się w głowie podmioty i orzeczenia, przydawki, dopełnienia, ale czy brak któregoś z wymienionych elementów wpływa na utratę statusu „zdania”?
A skąd się wziął pilot w książce Adama Bahdaja „Pilot i ja”? (zagadka z zakresu 1 klasy szkoły podstawowej). Osobiście poległam na tym pytaniu jak mistrz zakonu krzyżackiego pod Grunwaldem. Wiele książek w swoim życiu przeczytałam, ale żadnej opowieści o pilocie nie ma w moim księgozbiorze.
Nie wiem też, gdzie znajduje się najgłębsza depresja na Ziemi. Niektórzy twierdzą, że w studiu, gdzie realizowany jest program. A tu, niespodzianka: to okolice Morza Martwego. Teraz już wiem, dlaczego miałam tylko czwórkę z geografii. A może czas zacząć się zastanawiać czy czasami nie „aż czwórkę”?
Reasumując, nie pozostaje mi nic innego, jak posługując się formułką wypowiadaną przez uczestników programu obwieścić wszem i wobec:
Ja, Alicja K. nie jestem mądrzejsza od piątoklasisty!

czwartek, 13 marca 2008

Wszyscy jesteśmy wielbłądami *

Wystukałam powyższe słowa na klawiaturze i… nic. Pustka. Nie wiem, co pisać dalej, by nie otrzeć się o banał.
Może o codzienności, niby szarej, a wciąż sprawiającej nam niespodzianki? Na przykład ten człowiek. Jeszcze wczoraj kipiałam z zazdrości na myśl o jego szczęśliwym, niezmąconym żadnymi troskami życiu. A tu trrraach… i wrzucam do kosza stertę skorup, w które zmienił się mój wyidealizowany obraz. „Pobite gary”, jak mawia mój kuzyn.
Albo o sobie? - Nie mam nic oprócz zmartwień – rozgłaszam wszem i wobec. Moja główna prawda wiary. Zasypiam i budzę się z poczuciem pustki. I nagle maleńki kamyk odrywa się od grani i staje się przyczyną ogromnej lawiny. Zabieganie – drzewo – Piotr – pomoc – niespodzianka. Smutek – mama – ręka – spokój. Zmęczenie – ciocia – ogień – ulga. Ileż treści. Nie na papierze, ale we mnie i w tym, co wokół mnie. Kłopoty stają się wybawieniem, ratują przed utratą zmysłów.
Wszyscy nosimy na plecach swoje garby. Źródło udręki, ale i istnienia. Ciężar, pełen życiodajnych pierwiastków, które pomagają przetrwać okresy suszy. Garb to życie.
Lecz czyż to nie banał, przed którym chciałam się ustrzec? Chyba tak, więc cicho sza. Niech każdy pisze, co chce.

* test zamieszczony ze względu na kuma

wtorek, 11 marca 2008

...

„I nawet kiedy będę sam, nie zmienię się, to nie mój świat. Przede mną droga którą znam, którą ja wybrałem sam…”
Pamiętacie koleżanki i koledzy Bal Politologa ’99? Krakowski klub „Dwa pstrągi” aż dudnił, gdy cała sala śpiewała razem z Rojkiem te słowa. Nawet nie wiem z ilu dróg zboczyłam przez ostatnie dziewięć lat. Część z nich była zaledwie wąskimi polnymi ścieżynami, po których nie został w pamięci nawet kurz. Kilka razy jednak wybrałam zły zjazd z autostrady i teraz nijak nie mogę znaleźć drogi powrotnej. Nawet gdy wydaje mi się, że zbliżam się do celu, a w oddali rysują się znajome kształty, wciąż natykam się na tablice informujące o zakazie wjazdu. Zawracam więc i brnę znów przed siebie, wybierając kierunki na chybił trafił w nadziei, że dotrę wreszcie do wytęsknionego celu. Nieraz wjeżdżam w ślepą uliczkę. Wracam wtedy do punktu wyjścia i ponawiam swoją rozpaczliwą walkę o każdy kolejny krok do przodu. Łez nie zbierają najlepsze wycieraczki, myśli oślepiają. A mimo to widzę ją. Moją przeszłość. Prostą, bo zaledwie dwusercową. Zakorkowaną śmiechem i uczuciem. Jest tak blisko. Wydaje się, że wystarczy przechylić kierownicę życia leciutko w prawo, a znów zacznę podążać znajomą drogą. Dopiero gdy odbijam się od bandy dociera do mnie, że na ten trakt, który biegnie tuż obok mnie, nie mam już wstępu. Będzie mi towarzyszyć do końca moich dni, będę go widzieć, gdy tylko obrócę głowę. Ale już nigdy na niego nie wjadę. Staram się wówczas ze wszystkich sił o tym zapomnieć, przestać wierzyć w to co pewne. Nadać sens swojej podróży, przekonać siebie samą, że tylko z pozoru wiedzie ona donikąd. Zaczynam wszystko od początku, z ufnością, że tym razem uda mi się oszukać czas.
„… wejść na drzewo i patrzeć w niebo, tak zwyczajnie …”

piątek, 7 marca 2008

siła słów

Biała kartka, a na niej różowy napis „Zdasz, musisz tylko się uczyć”. Mój sposób na egzamin z historii – koszmar wszystkich studentów I roku. Wisiała na drzwiach. Żebym, zanim zatrzasnę je w przekonaniu, że czas wracać do domu i szukać innego sposobu na życie , musiała na nią spojrzeć. Pomogło. Dyplom magisterski wylądował w moich rękach pięć lat temu, skłonność do oryginalnego motywowania swojej osoby pozostała do dzisiaj.

„Umiesz, potrafisz, możesz – reszta to wymówki”. Ściągnięte z jednej ze ścian sali szkoleniowej w Łowiczu . Zapisane w biegu na skrawku papieru, czytane w chwilach zwątpienia we własne siły.

„Działanie jest fantastyczną przygodą, albo niczym”. Cytat z książki przywiezionej z Warszawy. W wolnym tłumaczeniu: Wszystko jest po coś. Czasami to „coś” jest niestety wielkim „nic”. Warto o tym pamiętać wstając rano z łóżka.

„Kto celuje w niebo może sięgnie drzewa. Kto celuje w drzewo co najwyżej uderzy w ziemię”. Znalezione w gazecie. Sposób na przekonanie siebie samej, że warto mierzyć się z zadaniami teoretycznie niewykonalnymi.

Przykłady można by mnożyć. Cudze słowa, moje słowa – otaczają mnie zewsząd. W nich znajduję wskazówki i przestrogi. Przemawiają do mnie silniej niż obrazy (może dlatego tak kocham książki i radio?) Ile ich jeszcze przede mną? Kto wie. Oby wiele, bo wciąż jestem spragniona. Tylko niech mnie uczą, nie ranią.

środa, 5 marca 2008

ostatnie pięć minut w pracy - relacja

Czytam: "szczęście goni szczęśliwego".
Obracam się szybko. Hmmm... Pusto...
Rzucam okiem na poprzedni post. Taaaak... Czas na zmiany...

„Ja” z przymrużeniem oka

Raz w życiu udało mi się coś wygrać. Był to konkurs jednej z lokalnych częstochowskich rozgłośni radiowych, chyba jakiejś katolickiej, bo jej siedziba mieściła się na zapleczu kościoła. Nagrodą okazał się... singiel, którego refren zaczynał się od słów „muszę znaleźć męża”. Wówczas wydawało mi się to co najmniej nie na miejscu, prędzej spodziewałabym się płyty z kolędami. Dziś wspomnienie wywołuje salwy śmiechu. Choć właściwie śmiać się nie powinnam, bo temat ni z tego ni z owego zrobił się bardzo aktualny (sic!). Dobrze, że żyjemy w czasach, w których miejsce „starych panien” zajęły singielki. Powstają filmy o singlach, kawiarnie i kluby dla singli, portale internetowe dla singli (kto nigdy nie zajrzał na stronę „sympatii” niech rzuci kamień :)). Biura turystyczne prześcigają się w wymyślaniu ofert dla „pojedynczych”, a na internetowych forach zawsze można znaleźć towarzysza dwutygodniowej wyprawy.
Bycie samym stało się jednym ze sposobów na życie. Wyborem, a nie koniecznością. Tak przynajmniej można tłumaczyć wujowi lub cioci, którzy przy każdej nadarzającej się okazji pytają o zmianę stanu cywilnego. Nic na siłę, moi drodzy! Być z kimś (nie mylić z „mieć kogoś”) – to ogromne wyzwanie. Przecież sami znacie to z autopsji. Za dużo już błędów, za które muszę zapłacić. Jestem sama, to fakt. Ale nie samotna. I nic nie muszę. Co najwyżej być szczęśliwą.

wtorek, 4 marca 2008

tekst, na który nie byłam gotowa

Mężczyźni. Częstowanie nas sprośnymi żartami nazywają dowcipem. Ślinienie się jak przy wyciskaniu kilogramów cytryn to zaloty. Prezent = dowód miłości (jego cena świadczy o intensywności uczucia). Zataczają coraz mniejsze kręgi, a gdy wreszcie nas dopadną, wypijają całą energię i odchodzą. I tak od zarania dziejów. A my wciąż nabieramy się na ich gierki. Nie pomagają ani rzewne historie z tygodników dla kobiet ani psychologiczne wywody zalegające księgarskie półki. A później? Panie dobrze wiedzą, co jest później. Tak zwana „silna płeć” (na marginesie, jak dla mnie nagroda srebrnych ust w utworzonej przeze mnie kategorii „najmniej trafione określenie w historii świata”) wiedzieć nie musi. I tak w większości przypadków zmarnowałaby tę wiedzę.
Mężczyźni powiedzą teraz, że piszę jak rasowa "damska szowinistka". A może po prostu wyłazi ze mnie kobieta?
Ja wierzę w was Panowie. W tych, którzy mają szerzej otwarte oczy i dostrzegają rzeczy niewidoczne dla przeciętnego przedstawiciela płci męskiej. Dlatego wciąż szukam. Kogo? Kogoś, kto, gdy najpierw mnie przyjdzie opuścić ten ziemski padół, wyryje na mojej mogile jak pierwszy mężczyzna pierwszej kobiecie w „Pamiętnikach Adama i Ewy” Marka Twaina: „Tam gdzie była ona był raj”.

poniedziałek, 3 marca 2008

z myślą o Tobie

Dzień wesoły i dzień smutny. Nierzadko zbiegają się w czasie. Czujesz się wtedy jak właściciel dwóch osobowości. Jedna natura krzyczy z radości, druga – z bólu. Przychodzi koniec, a razem z nią ulga. Tylko nie wiesz, czemu serce wali jak oszalałe, a łzy wciąż zbierają się pod powiekami. Rozrywasz na strzępy wszystkie minione dni. Analizujesz, katalogujesz, bawisz się w archiwistę, często wbrew zdrowemu rozsądkowi.
„Bo serce to jest taka szafa, w której choć nie noszone, wiszą ubrania”.
Kayah Cię rozumie. Ja też. I ona i on. Wszyscy przez to przeszliśmy. Wyciągnęliśmy wnioski. Zdarza się, że dla innych, nie dla siebie, ale to już coś. Ze sobą trudno się walczy. Jeśli nie chcesz nie wyrzucaj ubrań z szafy, posłuchaj pani Kasi (zwłaszcza, że „nie chcesz” równa się często „nie możesz” - wiem). Ale nie wyciągaj ich, nie odkurzaj i broń Boże, nie ubieraj. Niech sobie póki co wiszą, nawet w centralnym miejscu. W końcu zepchnięte zostaną w najodleglejszy kąt przez dobrze skrojone i uszyte odzienie.
Zło może być dobrem. Potrzeba tylko czasu i odpowiedniej perspektywy, by to dostrzec.