poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Dzień pracy powszedni

Godzina siódma rano. Budzik wyje jak oszalały. Chowam głowę pod kołdrę mając nadzieję, że to tylko element mojej sennej wyobraźni. Po kilku kolejnych dźwiękach stawiam na podłodze jedną a później drugą nogę. To jednak rzeczywistość, a ja chcąc nie chcąc już się w niej znalazłam. Następne kilkanaście minut to pogoń między sypialnią, łazienką i kuchnią. Trudne wybory: pomalować rzęsy czy zjeść śniadanie. Wreszcie, spóźniona już na starcie, rzucam krótkie „wychodzę” i zamykam za sobą drzwi. Siedemset metrów dzielące mój dom od miejsca pracy poświęcam na ostateczną pobudkę. Później w podskokach na drugie piętro. Światło, komputer, czajnik – włączam po kolei. Nareszcie herbatka zagryzana kanapką i poranny przegląd ulubionych internetowych stron. O godzinie x decyzja – bierzemy się do pracy. Zresztą już przecież odebrałam kilka telefonów, z elektronicznej skrzynki wyrzuciłam garść spamów, resztę wydrukowałam i skrzętnie zapisałam w rejestrze. Kilka informacji bardzo ciekawych zapamiętuję mając nadzieję, że wrócą do mnie z powrotem, tym razem opatrzone czerwoną pieczęcią z datą i własnym numerem. A potem bywa różnie. Czasem nie mogę się odpędzić od gości innym razem ślęczę nad literami lub cyframi w nadziei, że pies z kulawą nogą do mnie nie zajrzy. Jest miejsca na stres i poczucie zadowolenia. Na małe sukcesy i wielkie porażki. Po ośmiu godzinach jeszcze ostatni rzut oka na dorobek dzisiejszego dnia i żegnam brudne ściany i starą wykładzinę. I tak w kółko. Pięć dni w tygodniu, cztery tygodnie w miesiącu, dwanaście miesięcy w roku. A w głowie nieustannie kołacze się myśl. Pytanie, a może pragnienie. Jest mnie więcej niż stanowiska?

sobota, 26 kwietnia 2008

wspomnienie

To jest bardzo dziwna znajomość. W połowie stycznia ślę mu internetowe życzenia urodzinowe. W zamian otrzymuję niewielką porcję wiadomości o tym jak zmienił się jego świat w ciągu ostatnich miesięcy i prośbę o podobną garść informacji z mojej strony. Kolejny wysłany przeze mnie mail pozostaje już jednak bez odpowiedzi. I tak od kilku lat. Początkowo z szybciej bijącym sercem wystukuję hasło dostępu do skrzynki, w miarę upływu czasu przyzwyczajam się do myśli, że nieprędko zobaczę na niej znajome nazwisko w roli nadawcy. Nie piszę jednak, nie pytam, nie domagam się uwagi z jego strony. Po prostu odliczam dni i miesiące, a gdy przebrzmią już echa strzelających korków i szaleństw sylwestrowych nocy, zaczynam się szykować do własnego święta. Przyzwyczaiłam się już do tego rytuału. Chcę go kontynuować póki nie zbraknie oddechu. Bo dzięki tym kilku zdaniom na ekranie komputera wiem, że on dobrze o mnie myśli, choć mógłby nienawidzić.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Opowieść o takiej jednej

Od dłuższego czasu nie spoglądała mężczyznom w oczy. Nie, żeby ją onieśmielali. Wręcz przeciwnie, jeszcze nigdy nie czuła się tak swobodnie i pewnie w ich towarzystwie. Wprawiało ją to nawet w lekkie zakłopotanie. Miała wrażenie, że wraz z nieśmiałością ocierającą się o strach zniknęło również jej prawdziwe „ja”. Faktem jest, że korzystała nagminnie z przymiotów swojej nowej skóry. Zdarzało się, że kokietowała jednego czy drugiego pana, z pełną świadomością balansując na granicy dobrego smaku, którego zasady wpaja się od najmłodszych lat pannom z tzw. dobrych domów. Bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia wciągała ich w swoje gierki, których zasady znała tylko ona. Z satysfakcją obserwowała jak wiją się w poszukiwaniu drogi ucieczki nie wiedząc, że nie ma drzwi z napisem „wyjście”. Tylko ona mogła ich wyciągnąć z tego labiryntu, co też, gdy osobnik był już u kresu sił, czyniła z dobrodusznością starej ciotki z ironicznym uśmiechem wytykającej Ci twoje życiowe potknięcia. Robiła to wszystko niemal mechanicznie, a w sieci wpadali kolejni samcy. Walczyli o jej ciało, niektórzy odnieśli nawet zwycięstwo. Żaden z nich nie natknął się jednak nigdy na jej wzrok. Nie musiała się specjalnie starać, by na czas uciec przed błękitami, czerniami i brązami. Mężczyźni, których spotykała nie mieli twarzy. Przynajmniej dla niej. Klucza, który mógł otworzyć lub zamknąć drzwi do ich dusz szukała na rękach. Wiedziała, że niezależnie od tego co na nich znajdzie może posiąść każdą komórkę, każdy centymetr męskiej cielesności. Ale to co niematerialne ściśnięte zostaje złotą obręczą w dniu, w którym biel zmienia się w westchnienia i płytkie oddechy. I nikt i nic nie jest w stanie rozluźnić tego uścisku.
Płakała później, chowając swoją twarz w ich dłoniach. Czasami ze szczęścia, częściej z żalu, że nie może zatrzymać ich przy sobie na dłużej. A oni wracali do jaskrawożółtych czeluści na miejskich blokowiskach i podmiejskich osiedlach. Zatracali się w praworządnych aktach, wymazując z pamięci jej obraz. Wtedy dopiero docierało do niej, że przegrała. Miała ich w sobie, posiadła ich fizyczność, a mimo to poniosła klęskę.
Ciała od duszy nie można oddzielić. Klucz jest wskazówką. Znakiem stopu lub otwartą bramą do tajemniczego ogrodu.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

komunikat

Odnalazłam się. W celach, zadaniach, efektach miękkich i twardych. Ukryłam wśród kopii i oryginałów dokumentów. Balansuję między słodkim smakiem sukcesu a goryczą porażki. Głowa puchnie, serce rośnie. Tylko doba tak okrutnie się skróciła. Ledwo wstanę z łóżka prawą nogą, a już ląduję pod granatem pościeli, otulona niezmiennie pracą i obowiązkami.
Muszę stąd uciec. Nie na długo. W porównaniu z wiecznością zaledwie na mrugnięcie okiem, a może i krócej. Wrócę, gdy tylko papier przyjmie pokornie dane adresata, a w czeluści białej koperty znikną długie godziny mojej pracy. Nie później niż za 776 600 sekund. Obiecuję.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

rozmyślania niedzielnego popołudnia

Jest taka scena w filmie „Skazani na Shawshank”: grupa więźniów stoi nieruchomo i wsłuchuje się z dźwięki operowej arii, płynące z głośników na więziennym placu. Nie rozumieją słów. Ale muzyka zdaje się unosić ich wysoko nad ziemią i pozwala choć na chwilę poczuć się wolnymi ludźmi.
Młoda skrzypaczko w blasku świateł na scenie filharmonii! Czy wiesz ile strun poruszyłaś w mojej duszy? Koncert skrzypcowy Chaczaturiana wybrzmiewał w każdej komórce mojego ciała. Płynęłam po pięciolinii, między nutami i półnutami, a przed oczami przesuwały się znajome obrazy. Oto dom. I pnącza winogrona w ogrodzie. Zielone i soczyste. Słodkie jak brunet ze szkolnego korytarza. Czteroletni zawrót głowy. I nagle stoję na schodach krakowskiej kamienicy. A później małe kino i miłość. Świat tak barwny, że aż zapiera dech.
Robi się cicho. Znów siedzę w czerwonym fotelu. Patrzę na ciebie i bukiety w twoich rękach. Dziękuję oklaskami. Pozwoliłaś mi na cudowną podróż do źródła. Chcę tam powrócić. Mieć w rękach swój los. Zapomnieć choć na chwilę o „kiedyś” i „nigdy”. Być… Hmmm. Może po prostu być?

czwartek, 3 kwietnia 2008

powrót po latach

Boćki przyleciały. Znaczy się: wiosna przyszła. A z nią dłuższy dzień i krótszy sen. Choć nocy wciąż starcza na spotkania z nim. Przychodzi kiedy chce. Nieproszony, nie pyta nawet czy może wejść. Pojawia się nagle i znika pod podniesionymi powiekami. Idzie spać i czeka cichutko na swoją kolejną szansę. Raz jest wysokim, szczupłym blondynem, innym razem zmienia się w krępego, szpakowatego, na swój sposób przystojnego bruneta. Tylko twarz ma zawsze tą samą. Szczegóły rysów zatarły się już trochę, ale nie mam wątpliwości. To człowiek, którego trudno zapomnieć. Choć on, siedząc na trawie w brooklyńskim parku, myśli inaczej. I nie wie, że jest w dwóch miejscach jednocześnie.
Boćki co roku wracają do gniazda. On wrócił po pięciu latach. Widzę błysk na jego palcu i cały czas boję się, że i tym razem mi ucieknie. Póki co, zamknęłam go w klatce swojej podświadomości. Tej wiosny jest mój.