poniedziałek, 7 kwietnia 2008

rozmyślania niedzielnego popołudnia

Jest taka scena w filmie „Skazani na Shawshank”: grupa więźniów stoi nieruchomo i wsłuchuje się z dźwięki operowej arii, płynące z głośników na więziennym placu. Nie rozumieją słów. Ale muzyka zdaje się unosić ich wysoko nad ziemią i pozwala choć na chwilę poczuć się wolnymi ludźmi.
Młoda skrzypaczko w blasku świateł na scenie filharmonii! Czy wiesz ile strun poruszyłaś w mojej duszy? Koncert skrzypcowy Chaczaturiana wybrzmiewał w każdej komórce mojego ciała. Płynęłam po pięciolinii, między nutami i półnutami, a przed oczami przesuwały się znajome obrazy. Oto dom. I pnącza winogrona w ogrodzie. Zielone i soczyste. Słodkie jak brunet ze szkolnego korytarza. Czteroletni zawrót głowy. I nagle stoję na schodach krakowskiej kamienicy. A później małe kino i miłość. Świat tak barwny, że aż zapiera dech.
Robi się cicho. Znów siedzę w czerwonym fotelu. Patrzę na ciebie i bukiety w twoich rękach. Dziękuję oklaskami. Pozwoliłaś mi na cudowną podróż do źródła. Chcę tam powrócić. Mieć w rękach swój los. Zapomnieć choć na chwilę o „kiedyś” i „nigdy”. Być… Hmmm. Może po prostu być?

Brak komentarzy: