Boćki przyleciały. Znaczy się: wiosna przyszła. A z nią dłuższy dzień i krótszy sen. Choć nocy wciąż starcza na spotkania z nim. Przychodzi kiedy chce. Nieproszony, nie pyta nawet czy może wejść. Pojawia się nagle i znika pod podniesionymi powiekami. Idzie spać i czeka cichutko na swoją kolejną szansę. Raz jest wysokim, szczupłym blondynem, innym razem zmienia się w krępego, szpakowatego, na swój sposób przystojnego bruneta. Tylko twarz ma zawsze tą samą. Szczegóły rysów zatarły się już trochę, ale nie mam wątpliwości. To człowiek, którego trudno zapomnieć. Choć on, siedząc na trawie w brooklyńskim parku, myśli inaczej. I nie wie, że jest w dwóch miejscach jednocześnie.
Boćki co roku wracają do gniazda. On wrócił po pięciu latach. Widzę błysk na jego palcu i cały czas boję się, że i tym razem mi ucieknie. Póki co, zamknęłam go w klatce swojej podświadomości. Tej wiosny jest mój.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz