Znów upadłam na ziemię. Jeszcze nie wiem czy żyję. Mam nadzieję, że nie. Już dość ran i siniaków. Wystarczy. Chcę być aniołem. Takim z obrazków w biblii dla dzieci – jasnowłosym i uśmiechniętym. Fruwającym beztrosko między dziatwą, jak gdyby unoszenie się w powietrzu było jedynym, jakże miłym obowiązkiem. Leciutko kołyszę się z boku na bok, zefirek muska moje włosy, anielscy kompani prześcigają się w rozweselających zabawach. Brzmi może trochę kiczowato, ale jak przyjemnie.
Tymczasem podnoszę się po raz kolejny, wciąż jeszcze czując w ustach smak porażki. Liczę zadrapania. Nie jest źle, większość powinna zagoić się do przysłowiowego wesela. Trochę kręci mi się w głowie, zdecydowanie powinnam wyrzucić z niej kilka wspomnień – balastów. Byle trafić z powrotem na start. Peleton już dawno odjechał, ale wzorem olimpijskiego zwyczaju – najważniejszy jest sam udział. Lewa, prawa, lewa, prawa. Kiepsko to wszystko póki co wygląda, ale przecież idę do przodu, prawda? Ciężko. Czemu tak ciężko? I skąd wokół mnie tyle piór?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Posypały się pióra, trudno. Ale nie trzeba piór, żeby dla kogoś stać się aniołem. Ciepło spojrzenia ratuje więcej niż tysiące zastępów nieskazitelnych postaci. Upadły aniele otrzep się i ogrzej w odwzajemnionym uśmiechu.
Prześlij komentarz