piątek, 21 marca 2008

świąteczne klimaty

Dwa razy do roku, w okresie Wielkanocy i Bożego Narodzenia, szukamy odpowiedzi na dwa dręczące nas od pokoleń pytania: co ugotować/upiec/usmażyć i jak to wszystko zjeść.
Nasze egzystencjalne poszukiwania rozpoczynamy najczęściej w hipermarkecie. Uzbrojeni w bony towarowe, od których już zdążyliśmy zapłacić podatek, przemykamy wśród sklepowych regałów niczym myśliwi na polowaniu, wypatrując w gęstwinie towarów ofiar, lądujących finalnie w naszym koszyku. Wydzieramy sobie z rąk puszki z masą makową (przed Bożym Narodzeniem) i wiaderka z białym serem (przed Wielkanocą). Kupujemy przy okazji stertę niepotrzebnych promocyjnych produktów, aż wreszcie ustawiamy się w kolejce, która długością przypomina te, sprzed - dziestu lat, gdy do pobliskiej masarni „rzucili” kiełbasę krakowską lub po prostu kiełbasę. Następnie przez kilkadziesiąt minut zastanawiamy się, czy rodzinki firmy X, które właśnie dostrzegliśmy w koszyku sąsiada, nie będą jednak lepsze w smaku, niż te firmy Y, które zakotwiczyły gdzieś miedzy kartonami z mlekiem, a margaryną, na samym dnie naszego sklepowego pojazdu. Jeśli udało nam się zachować resztki zdrowego rozsądku, nie przekopujemy wszystkich swoich zakupów w poszukiwaniu nieszczęsnego woreczka pełnego suszonych winogron. Czekamy cierpliwie na swoją kolej, mając nadzieję, że nasze (wybieranie) będzie górą.
Gdy zregenerujemy siły po wyczerpującej wyprawie, przychodzi czas na ustalenie harmonogramu działań. Niech się nikomu nie wydaje, że kolejność pieczenia pierniczków, gotowania warzyw na sałatkę i nabijania schabu śliwkami nie ma znaczenia. Bo co jeśli mięso się przypali i zapach przesiąknie później do ciasta? A jeśli w drożdżówce zrobi się zakalec? Trzeba mieć zapas czasowy, by stworzyć nowe dzieło. Pieczeń musi „przejść” aromatem ziół, nim wyląduje w piekarniku, a sałatka, dobrze by przed jedzeniem sama się „przegryzła”. Biegamy więc między kuchnią, spiżarnią i sklepem (jeszcze nigdy tak nie było, by się od razu wszystko kupiło J). Z miną skazańca oczekującego na wykonanie wyroku spoglądamy co chwilę na zegarek odliczając godziny do rozpoczęcia wspólnego posiłku.
Etap trzeci jest dla wielu najprzyjemniejszy: to czysta konsumpcja wsparta marnowaniem czasu przed telewizorem. Kolejność nie ma już znaczenia. Babka zakąszana jest sałatką, mięsiwa mazurkiem lub makowcem, a to wszystko popijane barszczem. W tym samym czasie po raz enty oglądamy perypetie Kevina, śmiejemy się z Kargula i Pawlaka, wzruszamy się oglądając specjalne odcinki seriali, kibicujemy uczestnikom specjalnego wydania naszego ulubionego teleturnieju. Po kilku dniach wracamy do szkół i miejsc pracy. Bogatsi o kilka kilogramów, ubożsi o świąteczny nastrój zadumy połączonej z radością i poczuciem bliskości, które zagubiły się gdzieś między telewizyjną ramówką i zawartością lodówki. Ślepi, ale zadowoleni, bo przekonani, że misja zbliża się szczęśliwie ku końcowi. Jeszcze przez jakiś czas wyjadamy nasze świąteczne specjały, kosztujemy również tych przyniesionych przez koleżanki z pracy. Przychodzi czas na podsumowania. Oceniamy pulchność, kruchość, smak, aromat i obiecujemy sobie, że następne święta będą już idealne.

Deser :)
Moje świąteczne menu:
- ciasto karpatka – 1 szt.
- piernik z polewą czekoladową – 1 szt
- karkówka pieczona – 1 kg
- domowa kiełbasa – 2 szt.
- barszcz biały – 2 l.
- jajko na twardo – 4 szt.
- sałatka jarzynowa – 1 kg

Brak komentarzy: