wtorek, 4 marca 2008

tekst, na który nie byłam gotowa

Mężczyźni. Częstowanie nas sprośnymi żartami nazywają dowcipem. Ślinienie się jak przy wyciskaniu kilogramów cytryn to zaloty. Prezent = dowód miłości (jego cena świadczy o intensywności uczucia). Zataczają coraz mniejsze kręgi, a gdy wreszcie nas dopadną, wypijają całą energię i odchodzą. I tak od zarania dziejów. A my wciąż nabieramy się na ich gierki. Nie pomagają ani rzewne historie z tygodników dla kobiet ani psychologiczne wywody zalegające księgarskie półki. A później? Panie dobrze wiedzą, co jest później. Tak zwana „silna płeć” (na marginesie, jak dla mnie nagroda srebrnych ust w utworzonej przeze mnie kategorii „najmniej trafione określenie w historii świata”) wiedzieć nie musi. I tak w większości przypadków zmarnowałaby tę wiedzę.
Mężczyźni powiedzą teraz, że piszę jak rasowa "damska szowinistka". A może po prostu wyłazi ze mnie kobieta?
Ja wierzę w was Panowie. W tych, którzy mają szerzej otwarte oczy i dostrzegają rzeczy niewidoczne dla przeciętnego przedstawiciela płci męskiej. Dlatego wciąż szukam. Kogo? Kogoś, kto, gdy najpierw mnie przyjdzie opuścić ten ziemski padół, wyryje na mojej mogile jak pierwszy mężczyzna pierwszej kobiecie w „Pamiętnikach Adama i Ewy” Marka Twaina: „Tam gdzie była ona był raj”.

Brak komentarzy: