poniedziałek, 12 maja 2008

podróż

Siedzę nieruchomo. Drzewa mijają mnie w szaleńczym tempie nieświadome, że nigdy nie dogonią żółtych połaci pachnącego już miodem rzepaku. Odliczam sekundy, które czas sprytnie zmienia w minuty, a te – w godziny. Zmęczone słońce po raz kolejny przegrywa rywalizację w „kolory”. Rozpoczyna się panowanie złota i czerni.
Zamykam oczy. Pod powiekami suną rzędem spółgłoski i samogłoski. Wszystkie drżą z podniecenia. Te związane uściskiem i te tęskniące, oddzielone od siebie spacjami i znakami interpunkcyjnymi. Każda pierwsza chce opowiedzieć swoją historię.
Strzepuję w pośpiechu resztki snu. Chwila niepewności i… oddycham z ulgą. Czarne znaki wciąż czekają na mnie na białym papierze.

Nad moją głową fruwają anioły…

Brak komentarzy: