Mam jedenaście lat. Siedzę na podłodze i słucham Niemena. „Teraz masz szesnaście lat owszem to jest coś. Lecz kiedyś swój egzamin jeszcze zdasz, przejdzie cała złość, cały gniew”. W tle charakterystyczny dźwięk igły trącej o winyl, delikatny szum obracającej się płyty, od czasu do czasu jakieś trzaski i zgrzyty (ubodzy Ci, którzy nigdy nie zaznali przyjemności słuchania muzyki z czarnego krążka). Siedzę i marzę o tym, by mieć wreszcie te upragnione szesnaście lat, które wydają mi się wiekiem niemalże dojrzałym. Móc uwierzyć, że król śpiewa tę piosenkę specjalnie dla mnie. Mieć prawo do buntu i własnego zdania przysługującego osobom we „właściwym” wieku.
…
Za kilkadziesiąt godzin jadę na urodziny osiemnastoletniego anioła. Kruchego i nieopierzonego. Dzieli nas dystans dwunastu lat życia i milionów lat świetlnych doświadczenia. Sama tak niewiele jeszcze wiem, wciąż gubię się w zawiłościach dni codziennych. A to niewinne blond stworzenie jawi się w moim umyśle jako istota zupełnie bezbronna, szczenię, dla którego świat szykuje już rozliczne pułapki. Chciałabym dać mu
w prezencie kosz własnych błędów. Kwiaty zwiędną, pieniądze wylądują w sklepowych kasach, prezenty skończą w kuble na śmieci. Błędy są nieśmiertelne, bo należą do przeszłości Ich poznanie jest nadzieją na przyszłość, szansą na odnalezienie własnego szczęścia bez wykonywania zbędnych kroków.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz